Zdarzają się czasem ludziom (i krajom) takie rzeczy, że kiedy astrolog patrzy w ich horoskopy, to wydaje mu się, że to, co się wydarzyło, to nie było wszystko. Że tak naprawdę los miał w zanadrzu dużo wyraźniejszy, dobitniejszy i "gorszy" scenariusz, który jednak z jakichś powodów się nie zrealizował, a zamiast niego doszedł do skutku jakiś jego "cień", jakaś jego blada kopia. Tak... pewne wydarzenia, i w życiu ludzi, i w historii świata, wyglądają na wydarzenia zastępcze.
Zastępcze, a więc zastępujące... - tylko co? Z czym owe wydarzenia porównać? "Nic dwa razy się nie zdarza...". Nigdy nie obejrzymy drugiej, alternatywnej historii, w której Napoleon zwyciężyłby Wellingtona pod Waterloo, albo w której wzięlibyśmy ślub z inną osobą.
Niemniej, kiedy się przyjrzeć pewnym zdarzeniom i ich horoskopom, to nieodparcie narzuca się takie wrażenie: oto kroiło się coś dużo większego i straszniejszego, ale jakieś Moce Losu w ostatniej chwili przestawiły dźwignię dziejów świata i zamiast dżumy poczęstowały nas grypą, i to nawet nie azjatycką.
Gwiazdy zapowiadały wielką wojnę
Na początku lat 80. XX wieku (kilkanaście lat temu, starsi Czytelnicy pamiętają...) sytuacja polityczna na Ziemi była bardzo napięta. Świat był podzielony na dwa nienawidzące się bloki: Zachód pod wodzą USA i Wschód pod wodzą ponurych starców okopanych na Placu Czerwonym. Jedna strona wycelowała w drugą tysiące wyrzutni rakietowych z głowicami atomowymi. Komuniści z Kremla szkolili i zasilali finansowo terrorystów, którzy atakowali coraz to nowe punkty świata: Etiopię, Angolę, Mozambik...
Amerykanie wynaleźli sposób na tysiące "ruskich" czołgów, ześrodkowanych w Europie: bombę neutronową, która wypalała ludzi w czołgach, a żelastwo pozostawiała nietknięte. Nic, tylko odpalić, poczekać, wyrzucić trupy, wsiąść do środka i skierować lufy na przeciwnika... Amerykanie pod wodzą wojowniczego prezydenta Reagana wymyślili też coś, co miało ZSRR pognębić ostatecznie: Gwiezdne Wojny, czyli system satelitów, które miały laserami ostrzeliwać każdą sowiecką rakietę. W świecie powiało grozą: a co będzie, jeśli sklerotyczni starcy z Kremla uznają, że pora uderzyć jako pierwsi, zanim Amerykanie uzbroją się w tę superbroń? Tak było...
Piołun z Apokalipsy św. Jana
Pod koniec kwietnia 1986 r. pojawiły się pogłoski, że na wschodzie coś wybuchło... Sowieci długo nie chcieli się przyznać, w końcu puścili parę: płonie elektrownia atomowa w Czernobylu. Historia ta jest znana, więc nie będę jej streszczał. Wybuch w Czernobylu był taki, jakby do atmosfery wpuszczono materiały promieniotwórcze z kilkudziesięciu średnich bomb atomowych. Gdyby nad Dnieprem przeszła niewielka wojna atomowa, skutki byłyby podobne.
I to jest właśnie przykład tego wydarzenia zastępczego, o którym wspomniałem na początku. ZSRR parł do wojny. To było takie państwo, które stanowiło tylko dodatek do swojej armii. Ponad połowa wypracowywanego dochodu narodowego szła na zbrojenia. Logika podpowiadała, że ten moloch musi w końcu sprowokować światową wojnę z użyciem wszystkiego, co najgorsze, i w tej wojnie sam zginie. Tylko, że to była mała pociecha dla tych, którzy (wśród nich zapewne większość Polaków) zginęliby wraz z nim.
Wiosną 1986 roku planety ustawiły się tak, że niedwuznacznie zapowiadały dla ZSRR wojnę. Neptun i Pluton tworzyły aspekty ze swoimi pozycjami, które zajmowały w momencie rewolucji Lenina w 1917 r. Uran stał w medium coeli horoskopu rewolucji. Zanosiło się na gwałtowny i morderczy koniec imperium. 26 kwietnia 1986 roku Słońce weszło w opozycję do Plutona. Wtedy wybuchł Czernobyl.
Zamiast uderzeń jądrowych na Kijów i Moskwę, Moce Losu zafundowały "tylko" skażenie radioaktywne paru województw, śmierć kilkuset ludzi i przesiedlenie kilkudziesięciu tysięcy.
I gwoli przestrogi wybrały akurat tę elektrownię atomową, której nazwa przypomina o końcu świata, bo w Apokalipsie (Objawieniu św. Jana) powiedziano: "A imię tej gwiazdy brzmi Piołun" - zaś Czernobyl to właśnie piołun po ukraińsku.
7 tysięcy ofiar zamiast 70 milionów
Teraz jest podobnie. Jesienią 2001 układ planet na tle "urodzeniowego" horoskopu Stanów Zjednoczonych jest złowróżbny jak nigdy dotąd! Planeta wielkiej grozy, Pluton, po raz pierwszy w historii tego kraju stanęła na ascendencie jego horoskopu. W dodatku druga złoczynna planeta, Saturn, znalazła się w opozycji, na descendencie.
Najprostsza wyrocznia, jaka przychodzi do głowy, kiedy się patrzy na horoskop z 11 września tego roku, brzmi: oto jest wielka wojna, w której to państwo toczy walkę na śmierć i życie. A jednak Moce Losu okazały się łaskawe dla Ameryki!
Ten horoskop był taki, że łatwo można by z niego wywnioskować dywanowe naloty na amerykańskie miasta albo odpalenie głowic nad Nowym Jorkiem. Tymczasem, jakby zamiast tego, był atak terrorystów. Tak, zginęło 7 tysięcy ludzi: ale przy takim horoskopie równie dobrze mogło zginąć 70 milionów. Zamiast światowej wojny, w którą byłaby uwikłana Ameryka, mamy tylko zwykłą, ograniczoną wojnę w nieszczęsnym Afganistanie.
To, co się stało zarówno w Czernobylu, jak i na Manhattanie, wygląda właśnie na "katastrofy zastępcze".
Wojciech Jóźwiak
www.taraka.prv.pl